Jest taki moment w drodze człowieka, kiedy przestaje już pytać, czy wolno mu być sobą.
I zaczyna pytać o coś dojrzalszego: jak pozostać sobą, nie oddając swojego pola temu, co nie potrafi go uszanować.
Długo wydawało mi się, że pokazanie się światu musi oznaczać wystawienie.
Że jeśli naprawdę wyjdę z tym, co czuję, co wiem, co tworzę i co niosę, to automatycznie stanę się dostępna dla wszystkiego: dla oceny, dla projekcji, dla cudzych głodów, dla nieproszonych wejść, dla tych, którzy nie przychodzą po spotkanie, tylko po dostęp.
A przecież jest ogromna różnica między obecnością a dostępnością.
Między otwartością a odsłonięciem bez granic.
Między dzieleniem się sobą a rozdawaniem siebie.
To nie jest drobna różnica.
To jest różnica, która decyduje o tym, czy człowiek po wyjściu do świata wraca do siebie w całości, czy posklejany z tysięcy drobnych naruszeń.
Dzisiaj wiem już coś bardzo prostego: pole też jest święte.
Nie tylko serce.
Nie tylko dar.
Nie tylko słowo.
Pole.
Mój spokój.
Mój rytm.
Moja energia.
Moje granice.
Moja cisza.
Moje wnętrze.
Przez długi czas wydawało mi się, że jeśli coś robię z serca, to powinnam być maksymalnie przepuszczalna.
Że skoro niosę dobro, ukojenie, słowo, obecność, to powinnam umieć pomieścić więcej, znieść więcej, przyjąć więcej. Dopiero później zobaczyłam, że to nie zawsze była duchowość. Czasem był to stary nawyk rozbrajania siebie szybciej, niż druga strona zdążyła pokazać intencję.
Nie wszystko, co puka, powinno wejść.
Nie wszystko, co pięknie mówi, ma piękną intencję.
Nie wszystko, co nazywa się spotkaniem, jest spotkaniem.
Są wejścia subtelne.
Tak subtelne, że łatwo je pomylić z zainteresowaniem, zachwytem, rozmową czy inspiracją.
A jednak ciało wie.
Pole wie.
Coś się napina.
Coś gaśnie odrobinę szybciej.
Coś zaczyna pracować bardziej, niż powinno.
Dziś bardziej niż kiedykolwiek ufam temu, co dzieje się w polu.
Nie dlatego, że chcę żyć w podejrzliwości.
Tylko dlatego, że wiem już, ile kosztuje ignorowanie pierwszego sygnału.
Nie wszystko muszę tłumaczyć.
Nie wszystko muszę udowadniać.
Nie wszystko muszę rozumieć intelektualnie, żeby uszanować własne „nie”.
To właśnie nazywam ochroną własnego pola.
Nie tarczą zbudowaną ze strachu.
Nie pancerzem.
Nie murami.
Tylko mądrą, miękką, świadomą granicą, która mówi: wiem, kim jestem, wiem, co niosę, wiem, ile kosztowało mnie dojście do tego miejsca — i nie oddam tego byle czemu.
Chcę pokazywać się światu inaczej.
Nie z głodu.
Nie z nadmiaru odsłonięcia.
Nie z potrzeby, by wszyscy zrozumieli.
Tylko z miejsca, które zna swoją wartość i nie sprzedaje jej za uwagę.
Pokażę się.
Ale nie będę już wychodzić z siebie, żeby ktoś mógł wejść do mnie bez pytania.
Pokażę się.
Ale nie będę już rozszczelniać swojego pola tylko po to, by zostać uznaną za otwartą.
Pokażę się.
Ale z ochroną własnego pola.
Bo moje światło nie przyszło tu po to, by znowu się spalać.
Przyszło po to, by świecić.
Jeśli ten fragment porusza Ci coś głębiej, więcej znajdziesz w mojej książce „Złodzieje Światła”.
#ZłodziejskiePoniedziałki #ZłodziejeŚwiatła
